„Zawsze będę cię kochać” T.M. Rudzka

Zwykły wpis

„Zawsze będę cię kochać” T.M. Rudzka.

Reklamy

„Zawsze będę cię kochać” T.M. Rudzka

Zwykły wpis

Jeśli miałabym pokusić się o podsumowanie najnowszej autobiograficznej powieści T.M. Rudzkiej jednym zdaniem, oddałabym głos Salomonowi:

„Albowiem miłość mocna jest jak śmierć, a jej żar jest żarem ognistym, bezmiar wód nie ugasi miłości ani strumienie jej nie utopią”.

Śmierć najbliższych to największa tragedia, z jaką musi zmierzyć się człowiek. To przytrafiło się Renacie, głównej bohaterce „Zawsze będę cię kochać”. Jej jedyna córka, Anastazja, niespełna trzy miesiące po postawieniu diagnozy i pół roku po ślubie zmarła na raka – złośliwego glejaka mózgu. Miała trzydzieści jeden lat.

Powieść jest hołdem dla Anastazji, próbą uchwycenia jej barwnej osobowości, jednocześnie pokazuje rozmiar rozpaczy matki. Na jej zawartość składają się maile, które Renata codziennie pisze do córki, opowiadając jej o codziennych sprawach i dzieląc się z nią smutkiem i cierpieniem. Główną oś powieści uzupełniają relacje męża Anastazji, jej przyjaciółki, nowej dziewczyny zięcia Renaty i jej facebookowej koleżanki po piórze, Remedios, której pierwowzór poznałam osobiście i przyznaję, że czytając o jej roztargnieniu i wpadkach śmiałam się do rozpuku. Jeśli chodzi o faux pas, mogłybyśmy przybić sobie piątkę.

Myliłby się ten, kto uznałby powieść T.M. Rudzkiej za smutną i łzawą opowieść o ludzkiej tragedii. Nie brak w niej pokrzepiających wspomnień i humoru. Jest w niej także przepięknie pokazana miłość matki do dziecka, wykraczająca poza przeciętne wyobrażenie o tym uczuciu. Renata i Anastazja są sobie bliższe, niż łączące je więzy krwi, są najlepszymi przyjaciółkami, nie mają przed sobą tajemnic, zwierzają się sobie ze wszystkiego. Taka więź jest wyjątkowa, niecodzienna, budzi w mężu Anastazji, rodowitym Brytyjczyku, nie tylko zazdrość, ale i zdumienie. I unaocznia bezgraniczną rozpacz, która pozostaje, kiedy traci się sens istnienia.

Powieść czyta się szybko i lekko. Nie epatuje ciężkimi słowami, widać biegłość pióra i elokwencję Autorki. Wprawdzie zdarzają się w tekście drobne wpadki stylistyczno-redaktorskie, ale są one prawdopodobnie przeoczeniami na etapie korekty i redakcji.  Podziwiam Autorkę za szczerość (nawet jeśli jest ona nieco „podkolorowana” na potrzeby fabuły) i brak zahamowań w opisywaniu rozpaczy, cierpienia, depresji, negatywnych myśli, złości. T.M. Rudzka robi to z ogromnym wdziękiem i swadą. Jest do bólu prawdziwa w tym, co pisze, ponieważ dla większości życie toczy się dalej, ale dla matki, która straciła jedyne, ukochane dziecko, świat się zatrzymał i już nigdy nic nie będzie takie samo. To dożywotni wyrok, zakłócenie porządku rzeczy – to dzieci powinny chować rodziców, a nie odwrotnie.

Z jednym nie mogę się jednak zgodzić z Autorką: każde życie, bez względu na Pesel, jest wartościowe. Czy umiera osoba dwudziesto-, pięćdziesięcio- czy osiemdziesięcioletnia, zostawia po sobie pustkę i bezgraniczną rozpacz najbliższych. Śmierć nigdy nie jest sprawiedliwa, bo zabiera nam osoby, które kochamy i bez których nie wyobrażamy sobie dalszego życia. Nieważne, ile lat miały w chwili odejścia. Z żadną stratą najbliższej osoby nie jest łatwo się pogodzić, czasami jest to wręcz niemożliwe. Jest według mnie niestopniowalna. Czym innym jest śmierć osoby młodej, czym innym osoby starszej, ale jeśli kogoś bardzo mocno kochamy, jego wiek w chwili odejścia na drugą stronę tęczy nie ma tak naprawdę znaczenia. Odchodzi od nas ukochany człowiek zabierając z sobą cząstkę nas samych, pozostają pytania bez odpowiedzi, ogromny żal i rozpacz.

Teresa Monika Rudzka, „Zawsze będę cię kochać”, Wydawnictwo Harlequin, 2014

Recenzja „Kuzyneczek” T.M. Rudzkiej

Zwykły wpis

Image

Teresa Monika Rudzka, „Kuzyneczki”, Wydawnictwo 2 Piętro

              „Kuzyneczki” T.M. Rudzkiej to opowieść o losach kobiet na przestrzeni kilkudziesięciu lat, od czasów okupacji do współczesności.

              W powieści przeplatają się losy Żeni, Asi, Gizeli, Rysi, Reni i Nastki oraz Marceli. Przyglądamy się ich codziennej walce o przetrwanie w ciężkich czasach PRL-u, ich wzajemnym pretensjom, konfliktom rodzinnym i skomplikowanym relacjom międzyludzkim. Przyglądamy i przeglądamy się jak w lustrze, bo los „Kuzyneczek” jest nam bliski – jeśli nie wynika z własnych doświadczeń, to z doświadczeń naszych babć, mam czy ciotek lub znajomych. T.M. Rudzka pokazuje nasze polskie piekiełko przez pryzmat życia spokrewnionych ze sobą kobiet, próbujących odnaleźć się w czasach, w których przyszło im żyć, pozostających jednocześnie pod ogromnym wpływem rodziny, otoczenia i presji społecznej.

              Od pokoleń los kobiety determinuje wyjście za mąż (najlepiej za mężczyznę z „dobrej” rodziny, o odpowiednim statusie materialnym, z pracą gwarantującą dostatnie życie) i urodzenie dzieci. Te stereotypy są głęboko zakorzenione w naszej kulturze i świadomości. Chociaż czasy się zmieniły, samotne kobiety wciąż noszą łatkę „starych panien”, a rodzina zamęcza je pytaniami o partnera, ślub i dzieci. Związki nieformalne czy nieślubne dziecko to wstyd. Rozwody stygmatyzują. Relacje rodzinne też pozostawiają wiele do życzenia, pełno w nich wzajemnych pretensji i niesnasek, niezażegnanych konfliktów i problemów. Typowo polskie „zastaw się, a postaw się” nie ogranicza się tylko do wyglądu zewnętrznego czy wyposażenia mieszkania, dotyka praktycznie każdej sfery życia kobiety. Pozory mają się dobrze.

              „Kuzyneczki” to historia o kobietach i dla kobiet, osadzona w czasach, w których żyją. Czasach niełatwych, zarówno tych powojennych, za komuny, jak i współczesnych, bowiem każda epoka niesie ze sobą inne wyzwania i inne problemy. Wiele kobiet nagina swoje potrzeby do oczekiwań stawianych im przez społeczeństwo, rodzinę, otoczenie. Historia „Kuzyneczek” nie jest wyłącznie fikcją literacką, bierze się z obserwacji, doświadczeń i przemyśleń Autorki. To nie proza feministyczna, raczej gorzka refleksja nad ułomnością ludzkiej natury i siłą stereotypów.

              T.M. Rudzka pisze w czasie teraźniejszym, przez co relacja jest dynamiczna. Trochę przeszkadzało mi, że niektóre ważne wątki potraktowano bardzo ogólnikowo ze względu na bogactwo postaci, zaś dialogi tytułowych „Kuzyneczek” były wciśnięte w bieżącą narrację, co utrudniało odbiór. Generalnie książkę czyta się jednak szybko, tekst jest skondensowany i nienużący. Mimo że czasy PRL-u znam głównie z opowieści, w trakcie lektury wyobrażałam sobie te wszystkie Matki-Polki (użycie dużych liter z pełną premedytacją), te nieme bohaterki dnia codziennego, które harowały na dwóch etatach (w pracy i w domu), stały w gigantycznych kolejkach, wypełniały szereg ról społecznych, próbowały wyglądać kobieco w tych szaro-burych czasach, chciały realizować swoje marzenia i nade wszystko przedkładały dobro dzieci i rodziny nad swoje własne. One wszystkie dają świadectwo tego, że płeć piękna to silna płeć, która poradzi sobie w każdych okolicznościach, bez względu na czasy, w których żyje.

 

Recenzja „Kokainy” Arka Siedleckiego

Zwykły wpis

Image

Debiutancka powieść Arka Siedleckiego wciąga jak tytułowa kokaina i podobnie jak ta niebezpieczna substancja, nie pozwala oderwać się od lektury, jednocześnie zmuszając Czytelnika do refleksji.

              Głównym bohaterem jest trzydziestoletni Krzysztof, który wyemigrował z Polski do Wielkiej Brytanii za chlebem. Przytłoczony problemami w małżeństwie, rutyną codzienności, niespełnionymi marzeniami o debiucie literackim, fantazjami na temat innych kobiet, powierzchownymi relacjami z kolegami z pracy oraz permanentnym brakiem wiary w siebie, Krzysiek po raz kolejny wpada w szpony nałogu. Jako nastolatek uzależnił się od marihuany i amfetaminy, w dorosłym życiu sięga po narkotyk z wyższej półki, po tytułową kokainę, która staje się jego lekiem na całe zło.

 „Kokaina” to męska proza, konkretna, bezpośrednia, momentami brutalna i do bólu szczera. I właśnie ta szczerość urzeka w niej najbardziej. Trzeba mieć „cojones”, by sięgając w głąb siebie, pokazać, czym jest narkomania, ostracyzm i depresja. Autor zastrzega w posłowiu, że nigdy nie dowiemy się, jak wiele swoich własnych doświadczeń zawarł na kartach powieści. Myślę, że nie jest to istotne, wszak w wielu powieściach pisarze przetykają wątki fikcyjne z własnymi przeżyciami. A literatura to nie apteka, gdzie każdy składnik trzeba odpowiednio wyważyć.

Powieść jest wnikliwym studium nałogu i specyficznej więzi między „wspólnikami w przestępstwie”, młodymi ludźmi, których brak perspektyw, ciekawość i znudzenie skłaniają ku sięgnięciu po mocniejsze wrażenia. Na tyle efektywnie, że w krótkim czasie nie potrafią już żyć bez „kopa”. To również zapis życia na emigracji, jej blaski i cienie, rozdźwięk między pochodzeniem a ojczyzną z wyboru. Wewnętrzny konflikt między polskością, a „angielszczyzną”, którą ciężko jest przejąć, kiedy ma się ukształtowaną tożsamość. Już nie-Polak, ale jeszcze nie Anglik. Obcy na emigracji, obcy w kraju pochodzenia, obcy dla samego siebie.

W moim odczuciu lejtmotywem „Kokainy” jest ogromna, wszechogarniająca samotność. To ona jest praźródłem problemów Krzysztofa w wieku dorastania i w dorosłym życiu. To samotność ocierająca się o alienację. Dopiero stając się członkiem grupy narkomańskiej, paradoksalnie wreszcie jest „czyiś”, znajduje namiastkę rodziny, której wiecznie zapracowani rodzice, biznesmeni przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie potrafią dać jedynemu synowi. To uczucie osamotnienia wraca po latach, gdy Krzysztof osiąga pozorną „małą stabilizację”. Obserwuje, jak jego małżeństwo rozpada się, jak coraz bardziej oddalają się od siebie z żoną, jak wielka miłość kruszy się niczym popękana farba. Chociaż kocha Jagodę i ubóstwia synka, uczucia zawodu, niespełnienia, braku wiary w siebie i kompleksów wpędzają Krzyśka nie tylko w nałóg, ale i w depresję, która jest niejako produktem ubocznym kokainowego spleenu.

Samotność, obojętność, rozpad relacji międzyludzkich, sięganie po używki, niedopasowanie społeczne są problemami współczesnymi, z którymi wielu z nas boryka się na co dzień. W tym aspekcie „Kokaina” jest symbolem naszych czasów. Jednocześnie jest indywidualną relacją walki młodego mężczyzny, nieradzącego sobie z życiem i problemami. Któż z nas nie popełnia błędów, kto jest nieomylny, kto zna skuteczny sposób na wszystkie bolączki? Ilu z nas sięga po alkohol, dopalacze, narkotyki byle tylko zapomnieć? By nie myśleć, nie analizować?

 „Kokaina” pokazuje nam niełatwy świat, w którym wrażliwość i człowieczeństwo zderzają się z życiowymi zakrętami. Czy Krzysztofowi uda się odzyskać rodzinę i wewnętrzną harmonię? Czy pokona swoje demony? Sięgnijcie po tę powieść i dajcie się porwać jego historii, która nie pozostawi Was obojętnymi. Naprawdę warto.

Kokaina, Arkadiusz Siedlecki, Wydawnictwo Drugie Piętro, 2013

HETEREZADA

Zwykły wpis

Wiem, strasznie zaniedbałam bloga – czy masa obowiązków jakoś mnie tłumaczy? Pewnie nie, ale mam dla Was niespodziankę:

 

 

okładka Heterezady

 

Powieść ukaże się pod koniec styczna br. w sieci MATRAS.

Fragment powieści poniżej:

Przechodząc koło sklepu jubilerskiego, zatrzymała się, podziwiając na wystawie misterne wyroby ze złota i srebra. Już miała wejść, gdy zobaczyła w środku Darka w towarzystwie jakiejś długonogiej brunetki. Stali przy ladzie i głośno komentowali wybór złotych łańcuszków i przywieszek. „Ciekawe, czy jej też sprawi serduszko ze szkła weneckiego”, pomyślała ze smutkiem. Bezwiednie dotknęła szyi, na której wisiało czerwone serduszko. Pod wpływem impulsu zerwała je i rzuciła w Darka, który obejrzał się zaskoczony. Blanka trafiła go w kark. Bez słowa odwróciła się na pięcie i, niezdarnie potykając się na wysokich obcasach, pobiegła w stronę parkingu. Dopiero we wnętrzu swojego malutkiego samochodu pozwoliła sobie na łzy. Obraz pięknie oświetlonej galerii handlowej zamazywał jej się przed oczami, a z gardła wydobywało się głośne łkanie. Nie widziała Darka, który wybiegł za nią ze sklepu i teraz rozglądał się po parkingu. Czuła się porzucona i żałosna. Bez względu na to, jak bardzo się oszukiwała, jej kariera kosztowała ją więcej niż to jedno zepsute popołudnie.”